To my :)
| | | | |

Drużyna


Park maszynowy

więcej 

Co byś wybrał(a)?
Alfa Romeo 4C 1.75 TBi
Alfa Romeo 4C 1.75 TBi
czy
Fiat Punto 1.4 Turbo
Fiat Punto 1.4 Turbo

Historią rozważania podszyte by Mariusz

Podrzucam przepisy różnym ludziom, dziś Paweł dostał przepis na deser owocowy. Chyba mu się spodobał, bo określił go jako łatwy i obiecał, że spróbuje zrobić. Doświadczenia. Myślę, że mimo całego naszego spierania się czasem, lubimy się, ja lubię jego, on mnie. O co się spieramy? Dobre pytanie, o terminologię czasem, Marek to nieźle określił. Terminologia. Musiałbym Wam przedstawić moich kolegów. Chcecie? Zacznę od pierwszego. Mirek, poznaliśmy się w sieci. Miałem unikać tematu sieć, ale to jest niemożliwe, gdyż wszyscy, oni i my, jesteśmy w sieci, oni to inni, o których tutaj nie piszę. Sieć. O niej można pisać i pisać. Niejeden już zrobił pieniądze na temacie: ja, mój pies i sieć, w której podrywam panny. Panna to takie określenie mojej koleżanki ze studiów, panna to po prostu dziewczyna, czyjaś kobieta, a jeszcze inaczej, żeby się feministki nie spierały o pietruchę, panna, to dziewczyna, z którą ktoś się spotyka, albo ma zamiar, a ona jeszcze o tym nie wie. Wracam do Mirka. Podjechał kiedyś i przywiózł mi naklejkę na samochód. Ucieszyłem się, bo to był mój pierwszy kolega w Krakowie, nie z pracy, ale własnosłownie zapoznany. Własnosłownie, bo wyklepaliśmy się w sieci, w popularnym programie komunikacyjnym ICQ (I seek you, taki skrót, Izraelczycy sprzedali Amerykanom protokół za około 50 mln USD no i tak powstało ICQ). Mirek miał Alfe33, wtedy właśnie. Dla mnie to była pewnego rodzaju nowość, bo nie miałem okazji dotknąć ani zobaczyć takiego rasowego samochodu. Rasowy samochód. Nie mówiłem, że jestem w pewnym sensie miłośnikiem włoskiej motoryzacji. Makarony, określenia kolegów z listy dyskusyjnej. Każdy - byle makaron. W pewnym sensie, gdyż stało się to przypadkiem. Był samochód do kupienia, Alfa, to została kupiona Alfa. I tak, jak to jest w teorii dysonansu poznawczego, zacząłem szukać podobnych sobie. Pasjonaci. Trafiłem na listę dyskusyjną (dla niewtajemniczonych, to taki trochę Hyde Park – a jak ktoś nie wie, co to takiego Hyde Park, to polecam wycieczkę do Londynu, albo co najmniej do najbliższej biblioteki, więc Hyde Park, ale z kartą wstępu, która jest rejestracją-zaproszeniem do uczestnictwa w rozmowach lub delikatną cenzurą tych rozmów – to w przypadku list dyskusyjnych moderowanych – czyli cenzurowanych) i poznałem parę osób, w tym Mirka, którego już znacie. Po Mirku jakoś jednocześnie poznałem Pawła i Krzyśka, też Alfy. Dziwny ten świat. Tak śpiewał Czesław Niemen. W międzyczasie pojawił się kolega maluchem, który chciał Alfę kupić, ale skończył na Oplu. No cóż, Opel też samochód, inny, ale cztery koła są, silnik jest, nie pada na głowę, dojechać się da wszędzie tam gdzie Alfą. Ale...o ale będzie potem. Krzysiek, zacznę tym razem od Krzyśka miał czerwoną 33kę i było podejrzenie przez kilka chwil, że to 4x4 (napęd na cztery koła, permanentnie, nie bez pewnego przekąsu śmiejąc się z sytuacji). Później wyszło szydło z worka, że owszem, 4x4 jest, ale trzeba je zamontować, no i się wyjaśniło, że 4x4 w krzyśkowej Alfie to mit. Krzysiek ‘zabłysł’ sporą znajomością tematów motoryzacyjnych, no i dodatkowo okazało się, że odwiedzamy tego samego ‘speca’. Przy czym, ja miałem i mam, odczucia raczej negatywne co do ‘specowości’ owego pana, a Krzysiek do pewnego czasu upierał się przy dobrej jakości ‘speca’. "Pewny czas" nastąpił dużo później, jak pojawiła się Alfa 155 Q4, gdzie ów spec coś ‘wyspecował’ tak dobrze, że Krzysiek powiedział: dość. Męska decyzja. W końcu Krzysiek jest facetem. Kolejna postać to Paweł. Nie pamiętam skąd się wziął, Mirek człowieka namierzył. Paweł jest prezesem, poważnym gościem, który nosi krawat. No i wtedy jeździł butelkowo-zieloną Alfą 156. Do dziś ją ma, ale temat jest otwarty, bo podobno ma iść pod młotek czyli do sprzedania. Paweł to taki gość, który co rano się goli i patrzy sobie w twarz. Bo dewizą jego jest: żeby sobie spokojnie móc w twarz spojrzeć. A sprawy się mają czasem różnie, ale my nie możemy na niego narzekać. Pożycza nam pieniądze i nie chce, żeby oddawać. Rzadko spotykana cecha dzisiaj. Paweł ma też małego, który podobno ‘zapitala’, bo ma już dwa lata. Trzeba go też kąpać co wieczór i kłaść spać o 21ej. Z tego też powodu, Paweł często nie może się integrować z nami przy wycieczkach na pizzę. Pizza. O tym też będzie. Paweł ma żonę, która chyba nas nie lubi. Takie jest spostrzeżenie Mirka, który kiedyś ją widział. Ja do dziś myślę, że żona Pawła to postać wymyślona, a Mirek dostał coś w łapę, żeby była wymówka jakaś. No, ale w takim razie skąd wziął się mały? Mały miał ostatnio urodziny i Paweł kupił mu tort. Dwie świeczki - to się mały nadmuchał. Paweł mówi też, że mały jeszcze nie rozpoznaje, że urodziny. W tym względzie to dobrze, bo nie krzyczy: tato, a ja chcę...(ja nie mam dzieci, ale mogę sobie wyobrazić). To o Pawle, wrócę do niego później. Jest jeszcze kolega Marek. Marek to ciekawa postać, bo raczej bezkompromisowa. Marek pojawił się jakoś w styczniu czy lutym, później niż Paweł, Krzysiek i Mirek, dlatego, że zwyczajnie wtedy kupił Alfę. Podłączył się do listy i znalazł nas, obecnych już. Marek zadaje się z Aśką, która chce go usidlić, ale on póki co, nie daje się. Ciekawe jak długo ten stan się utrzyma. Kolejną postacią jest Wojtek czyli Suzi. Suziego znam z dawnych czasów, kiedy jeszcze nie było icq czy innych gadulców sieciowych (za to był irc, który nadal jest, ale mniej popularny niż wtedy). Suzi nie miał Alfy i chyba nie chciał mieć. Jednak nieco perswazji i ma. Czasami żałuję, że przyłożyłem rękę do tego samochodu, bo Suzi czasem narzeka. Jednak na pytanie czy kupiłby coś innego odpowiedź jest jedna: nie, chyba, że to alfa. Perswazja się udała, a ja mogę nie żałować. Suzi czasami lubi się z nami spierać o pietruchę. Dla zasady, czy dla zabawy. Bo wiecie, Suzi jest adminem, a admin to taki gość, który musi wszędzie wykazać, że zwykli użytkownicy systemów różnych nie nadają się do pracy z komputerami. Trudno odmówić temu stwierdzeniu racji, jednak są chlubne wyjątki, a te admina dotykają najbardziej. Może jak się wszystko lepiej pokręci to poznamy żonę Pawła i zaprzeczę mitowi, oraz Kaśkę i kuchnię Suziego. Gotuje, tak jak ja. Pokrótce to wszyscy, są jeszcze koledzy, którzy wpadają czasem pogadać, ale co do ich ‘bliskości’ zdania są podzielone, to taki zwrot dyplomatyczny, mówiący, że w niektórych kwestiach się nie zgadzamy. Nie jest to rzadkim zjawiskiem, bo praktycznie każdy pomysł ma tyle odcieni ilu nas jest i rzadko dochodzimy do kompromisu. Ma to swój urok, bo jasne jest, że nie możemy się porozumieć, jednak zamiast dzielić, w jakiś sposób to nas łączy.

Mógłbym na tym poprzestać przedstawiać kolegów, ale jest jeszcze jedna osoba, którą należy wymienić. (wszystkie inne które tu liczą na wzmiankę o sobie muszę rozczarować). Tą osobą jest Janusz. Janusz mieszka w Dębicy, to takie miasto między Rzeszowem a Tarnowem, znane, gdyby ktoś miał problem z rozpoznaniem zachęcam do przestudiowania mapy. Janusz tam mieszka wraz z żoną i ...dziećmi? Tego właśnie nie wiem, córkę ma na pewno, ale czy więcej? Muszę zapytać. Janusz mieszka w Dębicy, od tego zacząłem, właśnie, i czasem zdarza mu się naprawiać samochody. Głównie Alfy, które mu przywozimy z Krakowa. Pierwszym samochodem który pojechał z Krakowa do Janusza, była moja sto czterdziestka szóstka. O ile sobie przypominam ustaliliśmy to na zlocie w Boszkowie (to taka mieścinka koło Leszna, a Leszno jest koło Poznania, a Poznań ...itd. ), a później już poleciało, bo się okazało, że Janusz jest fajnym gościem i super specem od mechaniki samochodowej. Nie piszę tego po to, żeby mieć zniżkę przy kolejnej mojej wycieczce do Dębicy, ale dlatego, że tak jest. Janusz czasem odwiedza nas w Krakowie, żeby poćwiczyć różne sztuczki samochodowe między słupkami, które zdarza nam się ustawiać na zapuszczonej płycie lotniska w krakowskich Czyżynach.

Jako, że jestem ostatni w kolejce, a Suzi się oburzył, że o mnie nic nie ma (jakbym na nim suchej nitki nie zostawił, phi – to jest prychnięcie, gdyby ktoś pytał), napiszę parę słów o sobie. Znalazłem się w Krakowie niedawno, bo w roku 1999. I pierwszym moim samochodem była Alfa 146, którą znalazłem w internecie. Potem się ‘dokopałem’ do listy dyskusyjnej, strony klubowej i poznałem ludzi o których tutaj mowa. Z moich pomysłów na życie wynika spieranie się z Suzim na temat celowości posiadania dzieci, układów damsko-męskich i mitów o różnych żonach (na przykład mit o żonie Pawła, nawiasem, zobowiązał się do udostępnienia mi do wglądu aktu ślubu, ciekawe co na to jego żona). Dodatkowo spieramy się z Markiem o kolor na przykład kurtki, która miała powstać w ramach gadżetów klubowych.

Tyle o ludziach, którzy z punktu widzenia ścisłego naszego grona zostawiają jakieś ślady w pamięci. Wracając do wcześniej poruszonych tematów, powinienem teraz napisać o ...ale. Na stronie www.cuoresportivo.pl jest sporo materiału, który mówi: Alfa a inne samochody. W naszym gronie zdania są podzielone, powinno to być chyba mottem naszego Fanta Teamu. Na przykład takie: nie zgadzamy się ze sobą, albo: dzieli nas różnica zdań, albo: dlaczego nikt się nie chce przyznać do wersji lusso? Albo takie (ostatnio modne): ABS – twój wróg. Pomysłów dość by zapełnić średniej wielkości kajet, ale nie o tym chciałem. Zdarzały się pomysły zakupu na przykład samochodu marki japońskiej, czteronapędowca z silnikiem boxer, żeby mieć ‘power’ i ‘speed’. Jak człowiek jednak pojeździ Alfą, i nie zdenerwują go drobne przykrości w stylu pędzącego do serwisu wariatora, albo skrzypiąca (czasem tylko) tapicerka lub nie działający wentylator klimatyzacji, to istnieje podejrzenie, że nie kupi już innego samochodu. Dlatego kolega, który kupił Opla, zrobił chyba dobrze. Opel dojedzie wszędzie, jak Alfa, psuje się pewnie podobnie, jak Alfa, i jest samochodem do jeżdżenia, jak Alfa. Tylko Alfa ma jedną przewagę. Decyzja o zakupie jest jak skok na bungee - wystarczy raz skoczyć, żeby chcieć więcej i więcej się za siebie nie oglądać. Takie średnio sprytne porównanie.

Do omówienia zostaje jeszcze pizza. Jak wiadomo, pizza jest pochodzenia włoskiego, przynajmniej w rozumieniu potocznym, bo zawodowcy stwierdzą, że podpłomyki znane były w Polsce i nie tylko, już za czasów Króla Świeczka, ale obecnie 99% ludzi wie, że jak pizza, to Italia, Bona (nie mylić z margaryną), Sophia Loren, ewentualnie La Piovra czyli Ośmiornica, bo o aceto balsamico di Modena to już raczej mało kto wie (a niektórzy młodsi wiekiem mogą się całkiem pogubić). Zostajemy więc przy zaprzeczalnej, bądź nie, włoskości pizzy. Otóż, ta pizza to przyczynek do spotkań krakowskich alfistów (jak to dumnie brzmi), w mocno oddalonej od centrum miasta, knajpce-‘pizzerii’ Magillo. To nie jest reklama. Jak na razie nikt nie zapłacił za czas antenowy. Prawdę powiedziawszy nie wiem skąd się wzięła ta pizzeria. Podobnie jak Paweł. Jest i zostało zaakceptowane. Są oczywiście lepsze knajpy, ale ta ma kilka zalet: jest w stosunkowo trudno odnajdywalnym miejscu, jest daleko, no i ma dość dobre ceny. Dwie pierwsze cechy mogą się wydawać kontrowersyjne, ale kolega Mirek komentując co prawda inną sytuację powiedział: jest samochód, to się jedzie. Dodając do tego, że samochód to Alfa, każdy średnio rozgarnięty umysł pojmie o co ‘jedzie’. W tej pizzerii czasem się spotykamy. Zamawiamy pizzę góralską (wędzony ser i ogórek kiszony, taka polska rzeczywistość, bardzo dobra zresztą), pizzę diabolo i trzecią, która jest z papryką pepperoni, a nazwy jej nie pamiętam. Siadamy przy dużym stole, choć to raczej ława, dostajemy pizzę na obrotowym talerzu i naśmiewamy się ze wszystkich możliwych, i akuratnych rzeczy. I o tym, i o paru samochodach będzie ta strona.

Skąd Fanta Team?

Po przejrzeniu powyższego fragmentu Marek zasugerował, żeby dodać coś o tym skąd wzięła się nazwa. Wiąże się z tym miłość Pawła do oryginalnego produktu Coca-Coli (tu uśmiech w kierunku przyszłych sponsorów) Fanta o smaku cytrynowym. Cała sprawa zaczęła się od wycieczki naszej na zlot do Boszkowa (patrz wyżej gdzie jest Boszkowo). Niezupełnie od wycieczki, ale już od planów dotyczących owej. Otóż, jest taki człowiek we Wrocławiu, ‘zrzeszony’ we wrocławskim odłamie klubu, który lubi polemikę słowną internetową i wychodzi mu to całkiem dowcipnie. Tym człowiekiem jest Adam Rudownik. Owego czasu ‘Wrocław’ zapraszał ‘Kraków’ na przyjazd i na ‘picie’. Oczywiście, nie mogło być mowy o piciu w dosłownym znaczeniu, gdyż jak wiadomo wszyscy jesteśmy kierowcami i zdajemy sobie doskonale sprawę czym grozi jazda ‘w stanie’. Wszyscy, z małymi wyjątkami, bo niektórzy z nas niezłe czasy między słupkami na lotnisku ‘wykręcają’ pod wpływem jednej czy dwóch puszek piwa Tatra (ulubione żółte puszki, kolor zbieżny z kolorem Fanty cytrynowej, więc jest rozgrzeszenie). Wracając, przyjazd się odbył, ale było to w drodze na zlot i Fanty cytrynowej we Wrocławiu nie uświadczyliśmy. Jednak od tego czasu ‘Wrocław’ w osobie Adama Rudownika i nie wspomnianego tutaj Mirka (nazwiska nie pamiętam) podchwycił nutę i zostało, że ‘Kraków’ pija Fantę cytrynową, a w szczególności Paweł (bo to jego ulubiony napój). Tak została nam przylepiona etykieta: Fanta Team. Przylepiona z naszą pomocą i bardzo nam się podoba. Mamy wyjaśnienie. Mam nadzieję, że nie rozmijam się z prawdą zbytnio, ewentualnie ktoś napisze sprostowanie w najgorszym razie.


Spotkania

więcej 

Porady techniczne

więcej 

Przepisy kulinarne

więcej